Meksyk: Reinosa - Acapulco - Monterey - Saltillo - Torreon - Durango

W pustyni i w... barze

witam....

Po krótszej przerwie znowu piszę...... jestem o jakieś 1500.. albo i 2000 km dalej niż przed 4.. czy 5 dniami.... ogólnie to z jaką prędkością teraz przemierzaliśmy to szok.. a więc.. a więc...

Jak ostatnio pisałem... to byłem w połowie dnia w Reynosie... i nic nie zapowiadało, że coś się ciekawego wydarzy....... i też się nie myliłem;)... nuda.. pojechałem zobaczyć Mario po jego wyjściu z pracy...Mario bardzo ładnie jak mnie tylko zobaczył to kazał mi przestać pić kole.. i wyjął piwo;).. no i ładnie.. pogadałem z nim chwilę.. pokazał mi gdzie pracuje gdzie mieszka.. no i tyle.. o 22 Ruben z rodzinka skończył zakupy i ruszyliśmy do Monterey...

Następny dzień Monterey.. to była środa... hmmm.. no i w sumie nadal nic super ciekawego... najciekawsze z dnia to jak szukaliśmy się z Mario i Irlandkami co zjechały do Monterey.... ogólnie ja się zbytnio nie przejąłem..bo to Ruben ich zapraszał... no a z meksykanami to jest różnie..... byliśmy umówieni z Mario o 9 a z Irlandkami o 11.. wyjechaliśmy z domu o 10.. do tego Ruben z wyładowaną komórką... do tego Irlandki nawet nie miały numeru Rubena.. a ich komórka też wyładowana.. do tego Mario wysiadł na jakimś totalnie nie wiadomo jakim i gdzie przystanku.. no i tak się goniliśmy po całym mieście do 14... aż gdzieś w końcu podładowaliśmy komórkę z 30 sekund...:)..śmiesznie... następne co .. to zjedliśmy ładnie.. no i pojechaliśmy wreszcie do centrum Monterey.... eee zero rewelacji... jeden fajny plac na 1km długi i na 100 m szeroki.. z zielenią.. i to tyle.. zero rewelacji.... i tak ogólnie jest na północy.. ... a ponieważ tak jest.. to to co mają niby dobrego to wieczory..no i jak już byliśmy mocną grupą z Burgos..no to wieczorem do baru w Monterey.. ... w sumie bez rewelacji.. bo była środa.. i w mieście puuuuuustki.... no nic.. wróciliśmy do domu ... następnego dnia z rana pobudka.. i do Saltillo..

Czwartek... jadąc do Saltillo pojechaliśmy jeszcze zobaczyć jakieś tam jaskinie ..groty itd co mieli po drodze... groty jak groty.. dla mnie zero rewelacji.. .. ale ponieważ zjeżdżaliśmy z trasy to do Saltillo dojechaliśmy wieczorem... zobaczyliśmy centrum.. co jest do zobaczenia.... ogólnie całe miasto zabudowa jednopiętrowymi budynkami jakaś katedra park...jak na północy zero rewelacji..ale jak na północy..wieczorem do baru;).. a ponieważ nasza silna grupa się powiększyła o kuzynów i kuzynki Mario i Rubena... no to się ładnie bawiliśmy pół nocy..następnego dnia ładnie wstaliśmy skoro świt o 10... i dalej przez pustynie.. kto wstał to wstał bo Mario ponieważ dawno nie widział kuzynostwa to do 7 rano siedział.. i on nie wstał.. to nas potem gonił jak już w końcu wstał.. no i nas dogonił..jak nas dogonił to się okazało, że trochę się musieliśmy wracać bo przegapiliśmy pustynię.. to znaczy na pustyni cały czas byliśmy...ale przegapiliśmy taki kawałek co był pustynią pustynią... jak Sahara... wróciliśmy się zobaczyliśmy.. pobiegaliśmy.. i do domu... potem się dowiedzieliśmy, że tam trochę skorpionów już w tych rejonach jest...ale nic się nie stało.... .. do domu czyli dojechaliśmy do Torreon... .... ponieważ dojechaliśmy chyba koło 19... to nawet na miasto nie szliśmy.. tylko spędziliśmy wieczór z rodzicami Mario.. którzy przygotowali grilla.. mega dobrego.. i tyle.. w sumie śmiesznie było.. a jego rodzice meeega gościnni.. w ogóle meksykanie są meeeeega gościnni... chyba jak nigdzie...no ale jak się skończył grill.. to wiadomo co do baru;)... i śmiesznie było.. w ogóle śmieszna sprawa..bo oni mają bary takie na 400 osób, w których gra jakaś kapela.. ale w sumie mało kto tańczy.. Hiszpanie lepiej potrafią się bawić i to o głowę...

Następnego ranka pobudka (tutaj znów Mario nie dał rady;) )... pojechaliśmy sobie Zobaczyć Torreon z jednej górki... i ruszaliśmy dalej w drogę.. w centrum nawet się nie zatrzymaliśmy bo.. w Torreon jak na północy nic nie ma.. w ogóle śmiesznie bo ponieważ Mario zaspał to Nas odwoził jego brat.... i jako główną atrakcję Torreon, którą był mega podekscytowany, pokazał Nam jedno skrzyżowanie.... a dlaczego skrzyżowanie.. a ponieważ Torreon to miasto, które leży na granicy Stanów... i tak jedna jego część (co się zresztą Gomez a nie Torreon nazywa) leży w innym stanie...a w związku z tym jest tu tak.. ze jak jesteś w Torreon i goni cię policja to jak przekroczysz to skrzyżowanie i jesteś już w innym stanie to policja nic nie może zrobić... z czego podobno tu korzystają.... i to była główna atrakcja.. a następnie... 300 km po pustyni i Durango..

Znów dojechaliśmy wieczorem... i znów no cóż. pojechaliśmy na rancho kumpli Rubena.. fajne rancho z basenem etc.. no i cóż grill i piwo... no bo co tu więcej robić......
Następnego dnia.. Ruben wstał o 10 (inna sprawa ze był tak wymęczony, że spał całą noc) i zabrał Irlandki i jednego ze swoich kuzynów i wracał 9 h do Monterey... a ja dogadałem się z jednym z kumpli Rubena.. i zostałem w Durango... jak to już mówiłem są meeeega gościnni Meksykanie...

Tak, że w niedzielę jeszcze sobie zostaliśmy na rancho cały dzień w basenie etc.. potem spać w poniedziałek zobaczyłem trochę Durango.. o 15 wskoczyłem do autobusu.. i dojechałem o 20 do Saltillo...

A Saltillo to już nie północ.............. tylko z tego co widziałem jedno z najpiękniejszych miast na świecie...

Ale to już później.. bo teraz idę zwiedzać

pozdrawiam